spółki osobowe - zysk ze spraw niezakończonych

Rozliczenie z występującym wspólnikiem w spółkach osobowych to temat, w którym zdecydowanie więcej jest niewiadomych niż wiadomych. 
 
Wydawałoby się, że art. 65 k.s.h. nie jest specjalnie skomplikowany, a występujący wspólnik:
 
- powinien otrzymać wypłatę udziału kapitałowego w pieniądzu,
- powinien otrzymać zwrot rzeczy wniesionych do spółki tylko do używania,
- uczestniczy w zysku spółki ze spraw jeszcze niezakończonych.
 
Tyle podręcznikowej teorii. Wystarczy bowiem, że wyobrazimy sobie, że piszemy pozew lub odpowiedź na pozew. Nawet brak wybujałej wyobraźni, pozwala dostrzec, że... zaczynają się schody. 
 
Okazuje się bowiem, że udział kapitałowy... to nie udział kapitałowy, a przynajmniej nie ten, o którym mowa w art. 50§1 k.s.h. To jednak materiał na osobny post, który zapewne kiedyś powstanie. 
 
Co więcej, nie do końca wiadomo co oznacza wniesienie rzeczy do spółki tylko do używania
 
No i w końcu zupełnie nie wiadomo co oznacza uczestniczenie w zysku spółki ze spraw jeszcze niezakończonych. Wiadomo natomiast, że regulacja zapewniająca taki udział w zysku jest powszechnie krytykowana jako niezrozumiała, niepotrzebna i niczym nieuzasadniona. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której jeden wspólnik występuje ze spółki, spółka działa dalej i jeżeli dobrze sobie radzi, to osiąga zysk, a ów wspólnik - który już nie jest wspólnikiem - ma uczestniczyć w zysku spółki ze spraw jeszcze niezakończonych. Występujący wspólnik uczestniczy również w stracie z takich spraw - ale to także osobny temat. Tak czy inaczej, wydaje się, że wystąpienie ze spółki, która osiąga dalej zyski, może być bardzo opłacalne. Były wspólnik nie angażuje się bowiem w ogóle w prowadzenie jej spraw, nie ma wręcz prawa, ani obowiązku ich prowadzenia, a i tak ma prawo do części zysku wypracowanego przez spółkę. Omawiana regulacja jest zatem, delikatnie mówiąc, bardzo dyskusyjna. Nie zmienia to jednak faktu, że na dzień dzisiejszy - trzeba sobie jakoś radzić - i przynajmniej spróbować ustalić, o co może racjonalnie chodzić w uczestniczeniu w zysku spółki ze spraw jeszcze niezakończonych. 

Po pierwsze, uczestniczenie w zysku ze spraw jeszcze niezakończonych powinno następować w takich proporcjach, w jakich występujący wspólnik uczestniczyłby w zysku z tych spraw, gdyby dalej był wspólnikiem. Może się bowiem okazać, że zgodnie z regulacją spółki, wspólnik w ogóle nie uczestniczyłby z zysku z danej sprawy. Trudno byłoby w takiej sytuacji uznać, że wprawdzie jako wspólnikowi zysk nie przypadałby takiej osobie, jednak przypadnie jej, jako byłemu wspólnikowi, jeżeli tylko zysk zostanie osiągnięty po wystąpieniu ze spółki.

Po drugie - co to są sprawy i zysk z tych spraw? W działalności gospodarczej bardzo trudno ustalić czym jest konkretna "sprawa" i czym jest "zysk" z takiej sprawy. Wydaje się, że jako sprawę można rozumieć konkretną umowę, która generuje określony przychód. Przychód staje się zaś zyskiem z takiej sprawy, jeżeli przewyższa koszt związany z wykonywaniem umowy. Okazuje się zatem, że spółka może osiągać zysk z określonych spraw (jeszcze niezakończonych)... ale ogólnie może osiągać stratę (z uwagi na straty z nowych spraw). W takiej sytuacji, teoretycznie, występującemu wspólnikowi będzie przysługiwało roszczenie o część zysku ze spraw niezakończonych w momencie jego wystąpienia. Celowo używam jednak określenia "teoretycznie", gdyż w mojej ocenie w taki sposób omawiany przepis nie może być interpretowany. Nie może być bowiem tak, że wspólnicy pozostający w spółce nie będą uczestniczyli w podziale zysku - gdyż go po prostu nie będzie z uwagi na ogólną stratę spółki, a były wspólnik będzie miał roszczenie o wypłatę części zysku ze spraw jeszcze niezakończonych. Innymi słowy, żeby byłemu wspólnikowi przysługiwało w ogóle roszczenie, spółka powinna osiągnąć w danym okresie zysk, a nie stratę.
 
Po trzecie - co rozumieć przez sprawy niezakończone? Czy chodzi o wszystkie umowy zawarte przed wystąpieniem wspólnika ze spółki, które nie zostały jeszcze zakończone? W mojej ocenie nie. Jeżeli bowiem umowa dotyczy świadczeń okresowych, czyli takich, które są wykonywane w kolejnych okresach, za które przysługuje wynagrodzenie, to trudno taką umowę traktować jako sprawę niezakończoną. Przecież każdy kolejny okres, za który spółce przysługuje wynagrodzenie, będzie wykonywany bez jakiegokolwiek udziału wspólnika, który wystąpił z tej spółki. W takiej sytuacji każdy kolejny okres, będzie stanowił de facto nową sprawę - ze swoimi kosztami i przychodami. Podobnie jest w przypadku umów dotyczących świadczeń o charakterze ciągłym. W ich przypadku również bowiem sam upływ czasu ma istotne znaczenie, w tym sensie, że wysokość uzyskiwanego wynagrodzenia lub innego przychodu zależy od wykonywania umowy przez dalszy czas. 
W związku z tym wydaje się, że sprawy niezakończone w rozumieniu art. 65§5 k.s.h. to wyłącznie sprawy ze świadczeniem jednorazowym, którego wykonanie jest rozciągnięte w czasie - rozpoczęło się przed wystąpieniem wspólnika, a zakończyło się i wygenerowało określony przychód po jego wystąpieniu. Przykładem takich umów są umowy na roboty budowlane czy umowy o dzieło.

Po czwarte, jak długo wspólnik, który wystąpił zachowuje prawo do uczestniczenia w zysku spółki ze spraw jeszcze niezakończonych. Na dzień dzisiejszy odpowiedzieć można wyłącznie, że tak długo - jak długo będą istniały sprawy niezakończone. Dopiero w momencie zakończenia wszystkich spraw niezakończonych (w rozumieniu - jak wyżej) spółka będzie mogła uwolnić się od roszczeń byłego wspólnika. Oby tylko w tym momencie nie wystąpił ze spółki kolejny wspólnik.
 
To tylko zupełnie podstawowe problemy związane z samym prawem do uczestniczenia w zysku ze spraw jeszcze niezakończonych. W praktyce problemów tych jest bowiem znacznie więcej - tym więcej, im bardziej będziemy zagłębiać się w temat.
Z uwagi na skalę tych problemów i generalny brak racjonalnego uzasadnienia dla funkcjonowania omawianej normy w porządku prawnym, pewne jest, że roszczenia oparte na tej normie, to roszczenia, przed którymi obrona bardzo często będzie mogła zostać skutecznie oparta na zarzutach z art. 5 k.c.

rola biegłego w postępowaniu cywilnym

 
 
 
 
Postępowanie cywilne jest specyficznym postępowaniem, w którym kluczową rolę odgrywa, a przynajmniej z założenia powinna, aktywność stron. Wszak jest to proces kontradyktoryjny, w którym sąd jest w zasadzie obserwatorem potyczki stron i ich walki na argumenty oraz dowody, dokonującym na końcu obiektywnej oceny tego co obserwował.
 
 
Czasem jednak może dochodzić do wypaczenia zasady kontradyktoryjności i głównym winowajcą bywa w takim wypadku biegły, a raczej sąd akceptujący jego opinię, sporządzoną w określony sposób. 
Chodzi mianowicie o sytuację, w której strona powodowa, dochodząc przykładowo odszkodowania, przedkłada rachunki, faktury, paragony i inne tego rodzaju materiały - nie dość, że niekompletne, to jeszcze bez szczegółowych twierdzeń dotyczących stanu faktycznego. Strona powodowa wnosi ponadto o przeprowadzenie dowodu z opinii biegłego - na okoliczność wysokości szkody. Nie każdy sąd się na to nabiera, ale zwykle niestety się nabiera, wówczas powołuje biegłego, a ten... zwraca się do strony powodowej o dodatkowe wyjaśnienia i materiały niezbędne do sporządzenia opinii, po czym wydaje opinię, w której oblicza wysokość szkody. Następnie strona pozwana nieśmiało próbuje kwestionować poszczególne wyliczenia zawarte w opinii - z różnym skutkiem, a na koniec sąd wydaje orzeczenie opierając się na opinii biegłego - uzupełnionej na skutek starań strony pozwanej lub nie.
 
Tak to wygląda w bardzo wielu sprawach sądowych i dotyczy nie tylko wysokości szkody, ale także innych kwestii, jak choćby nakładów na nieruchomość czy na majątek wspólny. 
 
Powstaje jednak pytanie, czy taki sposób procedowania jest prawidłowy i czy roszczenie strony powodowej powinno zostać uwzględnione w takim zakresie, jaki wynika z opinii biegłego.
 
W mojej ocenie odpowiedź powinna być jednoznaczna - nie taki sposób procedowania nie jest prawidłowy, a strona pozwana powinna w takiej sytuacji bić wręcz na alarm, albowiem proces prowadzony jest de facto poza nią.
 
Nie tyle chodzi przy tym o  ewentualną nieprawidłowość obliczeń biegłego, lecz o to że w opisanym przypadku to biegły prowadzi postępowanie dowodowe, a to - samo w sobie - stanowi wypaczenie zasady kontradyktoryjności. Biegły powinien bowiem oprzeć się wyłącznie na materiale zgromadzonym w aktach sprawy i przedłożonych przez strony (głównie przez stronę powodową) materiałach. Nie powinien jednak zwracać się do strony powodowej (ani pozwanej) o dodatkowe wyjaśnienia i materiały, albowiem nie to jest jego rolą. Biegły ma bowiem dostarczyć wiadomości specjalnych, ale nie na podstawie własnego postępowania dowodowego, lecz na podstawie analizy materiału znajdującego się w aktach sprawy. Jeżeli biegły uznaje, że materiał zgromadzony w aktach sprawy jest niewystarczający, to winien odmówić sporządzenia opinii wskazując na taką właśnie okoliczność, a nie samemu gromadzić dowody. 
 
Przyglądając się temu problemowi nieco dokładniej można zauważyć, że:

- Postępowanie dowodowe prowadzone przez biegłego nie ma nawet cech procesu kontradyktoryjnego, lecz cechy procesu inkwizycyjnego - to biegły zwraca się bowiem o wyjaśnienia i materiały do strony powodowej.

- Postępowanie dowodowe prowadzone przez biegłego prowadzi do przerzucenia ciężaru dowodu ze strony powodowej na biegłego. To biegły bowiem, a nie strona powodowa, wykazuje inicjatywę. 

- Postępowanie dowodowe prowadzone przez biegłego toczy się zwykle wyłącznie w kierunku wykazania zasadności ewentualnych roszczeń strony powodowej. Biegły nie zwraca się bowiem zwykle do strony pozwanej o przekazywanie informacji lub powoływanie dowodów, które mogłyby zaprzeczać twierdzeniom strony powodowej. 

- Postępowanie dowodowe prowadzone przez biegłego toczy się zwykle bez udziału strony pozwanej. Strona pozwana nie wie bowiem co konkretnie przedstawia biegłemu strona powodowa, ani nawet jaką formę mają informacje i materiały przedkładane przez tę stronę biegłemu. Przy czym udzielanie informacji w tym trybie stanowi quasi dowód z zeznań świadka lub strony, przeprowadzany w formie ustnej, pisemnej lub email - przez biegłego. 

- Postępowanie dowodowe prowadzone przez biegłego toczy się zwykle na zakończenie postępowania dowodowego przez sądem. Tym samym następuje to w sytuacji, w której nowe twierdzenia i dowody strony powodowej powinny być uznane za spóźnione w świetle art. 207§3 k.p.c. w związku z art. 6§2 k.p.c., lub wręcz w sytuacji, w której wobec strony powodowej upłynął termin z art. 207§3 k.p.c. (w brzmieniu sprzed zmiany tego artykułu).

Powyższe przekonuje o nieprawidłowości omawianego sposobu procedowania. Raz jeszcze podkreślić należy, że biegły nie jest od ustalania stanu faktycznego i gromadzenia materiału dowodowego, lecz od udzielenia wiadomości specjalnych na podstawie materiału dowodowego zgromadzonego w sprawie. Identyczny pogląd wyrażony bywa w orzecznictwie, przykładowo: w uzasadnieniu wyroku Sądu Najwyższego z dnia 24 maja 2013 roku, sygnatura akt: II CSK 558/11, uzasadnieniu wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z dnia 15 stycznia 2014 roku, sygnatura akt: V ACa 756/13, uzasadnieniu wyroku Sądu Apelacyjnego w Katowicach z dnia 12 lipca 2013 roku, sygnatura akt: V ACa 25/13.
 
Na koniec trzeba sobie zadać pytanie, czy strona powodowa zawsze powinna wiedzieć, co będzie potrzebne biegłemu do dokonania obliczeń? 
Zwykle da się to łatwo przewidzieć, a pewnym minimum powinno być sformułowanie przez stronę powodową szczegółowych twierdzeń dotyczących przedkładanych materiałów. Jednak w przypadku spraw szczególnie skomplikowanych możliwe jest sformułowanie dwóch wniosków o dowód z opinii biegłego. Pierwszy prowadzący do sporządzenia opinii na temat tego jakie materiały są konieczne do dokonania obliczeń oczekiwanych przez stronę powodową i drugi prowadzący do sporządzenia opinii zawierającej obliczenia. Może wydaje się to na pierwszy rzut oka dosyć dziwne, ale po pierwsze - jest ze wszech miar prawidłowe, a po drugie - w praktyce doskonale działa.
 

ważna nowelizacja ustawy zabużańskiej

 
Z dniem 27 lutego 2014 roku weszła w życie nowelizacja ustawy z dnia 8 lipca 2005 roku o realizacji prawa do rekompensaty z tytułu pozostawienia nieruchomości poza obecnymi granicami Rzeczypospolitej Polskiej - czyli tak zwanej ustawy zabużańskiej.

Jest to bardzo ważna nowelizacja, wprowadzona na skutek wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 23 października 2012 roku dotyczącego art. 2 pkt 1 ustawy zabużańskiej. Chodzi o to, że Trybunał Konstytucyjny słusznie uznał, iż uzależnienie przyznania prawa do rekompensaty od zamieszkiwania w dniu 1 września 1939 roku na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest niezgodne z Konstytucją. Upraszczając argumentację Trybunału Konstytucyjnego - tego rodzaju wymóg został uznany za zbyt restrykcyjny, a owa restrykcyjność za nieznajdującą oparcia w normach konstytucyjnych.

Jakie zmiany wprowadza nowelizacja, która weszła w życie w dniu 27 lutego 2014 roku?

Tak było.

Aby uzyskać prawo do rekompensaty, niezbędne było wykazanie, że na dzień 1 września 1939 roku, właściciel mienia zamieszkiwał na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Wymóg ten interpretowano w taki sposób, że niezbędne było wykazanie, iż właściciel nieruchomości miał miejsce zamieszkania na owym terytorium. Jednakże - i tu kryje się napiętnowana przez Trybunał Konstytucyjny restrykcyjność - przez miejsce zamieszkania rozumiano jedno miejsce. Chodziło bowiem o miejsce koncentracji głównej aktywności życiowej rozumiane zgodnie z art. 25 k.c., jako miejscowość, w której dana osoba przebywała z zamiarem stałego pobytu. 

W praktyce, wykazanie zamieszkiwania na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej było bardzo trudne - albo z uwagi na brak jednoznacznych dowodów, albo z uwagi na fakt, że dana osoba mogła przebywać w różnych okresach poprzedzających wybuch II Wojny Światowej, w różnych miejscach, w których koncentrowały się jej różne aktywności - zawodowa, naukowa, osobista.
 
Tak jest.

Obecna regulacja wprost wskazuje, że konieczne jest, aby właściciel nieruchomości miał miejsce zamieszkania (a nie aby zamieszkiwał), na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Jednakże tym razem wskazano, że chodzi o miejsce zamieszkania rozumiane zgodnie z przepisami obowiązującymi na 1939 rok. Analiza tych przepisów prowadzi do wniosku, że wówczas możliwe było posiadanie kilku miejsc zamieszkania.

Jak wskazano w uzasadnieniu senackiego projektu ustawy nowelizującej (druk numer 1685):

Projektowana zmiana sprowadza się do tego, że w miejsce dotychczasowego wymogu zamieszkiwania na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 1 września 1939 r. wprowadzona zostanie przesłanka miejsca zamieszkania na wymienionych terenach, której spełnienie będzie oceniane z uwzględnieniem przepisów obowiązujących we wskazanej wyżej dacie, tj. przepisów dopuszczających posiadanie kilku miejsc zamieszkania [...]

W następstwie projektowanej nowelizacji wzrośnie zatem liczba beneficjentów, gdyż jej zakresem podmiotowym zostaną objęte także te osoby, które (lub których spadkodawcy) na kresach wschodnich miały jedynie "dodatkowe" miejsce zamieszkania.

Dodatkowy termin na złożenie wniosku.

Bardzo ważne jest, że omawiana nowelizacja łagodząc wymogi w omawianym zakresie, nie pozostawia samym sobie, osób które nie złożyły wniosków z uwagi na restrykcyjność przesłanki zamieszkiwania lub których wnioski zostały rozpoznane odmownie z uwagi na tę przesłankę.

Zgodnie z nowelą, do dnia 27 sierpnia 2014 roku możliwe będzie złożenie nowego wniosku. Niezbędne będzie jednak wykazanie, że:

na ocenę spełnienia przez nie wymogu zamieszkiwania w dniu 1 września 1939 r. na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej mają wpływ zmiany dokonane niniejszą ustawą

Powyższe stwierdzenie nie jest niestety jednoznaczne. 

Na pewno chodzi o takie sprawy, w których dotychczas obowiązująca przesłanka zamieszkiwania nie była spełniona z uwagi na fakt, że właściciel nieruchomości miał kilka miejsc zamieszkania, lecz po zmianie przepisów będzie spełniona.

Jednakże kierując się interpretacją zdroworozsądkową i prokonstytucyjną należałoby uznać, że skuteczne złożenie wniosku będzie także możliwe we wszystkich tych przypadkach, w których zachodziły trudności w wykazaniu, że jedynym miejscem zamieszkania właściciela nieruchomości była miejscowość położona na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i z uwagi na powyższe zdecydowano aby nie składać wniosku o przyznanie prawa do rekompensaty w pierwotnie obowiązującym terminie, czyli do dnia 31 grudnia 2008 roku.Obecnie trudności te nie będą miały znaczenia, albowiem możliwe jest uzyskanie rekompensaty również w sytuacji, w której miejscowość położona na byłym terytorium Rzeczypospolitej Polskiej była po prostu jednym z miejsc zamieszkania, a nie jedynym miejscem zamieszkania. Tym samym dowody na to, że owa miejscowość stanowiła jedyne miejsce zamieszkania, nie są już potrzebne.

Możliwe będzie także złożenie wniosku o wznowienie postępowania, jeżeli wcześniej złożony wniosek został rozpoznany odmownie z tego powodu, że nie był spełniony wymóg zamieszkiwania. I w tym wypadku obowiązuje termin do dnia 27 sierpnia 2014 roku.

prokurent a postępowanie rejestrowe

 
Od czasu do czasu pojawia się pogląd, jakoby prokurent nie mógł reprezentować spółki w postępowaniu rejestrowym. Czy jest tak faktycznie?
 
Jeżeli prześledzić wypowiedzi osób prezentujący powyższy pogląd, to okazuje się, że jest on oparty na założeniu, że składanie wniosków o dokonywanie wpisów w Rejestrze Przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego nie jest czynnością związaną z prowadzeniem przedsiębiorstwa, a prokurent może dokonywać wyłącznie czynności sądowych związanych z prowadzeniem przedsiębiorstwa.
 
W mojej ocenie powyższy pogląd jest błędny. Otóż faktycznie zgodnie z art. 1091§1 k.c.:
 
Prokura jest pełnomocnictwem udzielonym przez przedsiębiorcę podlegającego obowiązkowi wpisu do rejestru przedsiębiorców, które obejmuje umocowanie do czynności sądowych i pozasądowych, jakie są związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa.
 
 
 
jednakże trudno uznać, że reprezentowanie spółki w postępowaniu rejestrowym nie jest związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa.
 
Otóż w mojej ocenie składanie wniosków o wpis do Rejestru Przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego, a tym samym inicjowanie toczącego się przed sądem postępowania nieprocesowego, stanowi wręcz emanację czynności sądowych, jakie są związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa
 
Rejestr Przedsiębiorców został przecież stworzony po to, aby rejestrować określone czynności i zdarzenia dotyczące prowadzenie przedsiębiorstwa, a nie dotyczące sfery życia prywatnego wspólników, akcjonariuszy czy też członków organów lub innych osób. 
 
Należy sobie zadać zatem retoryczne pytanie - jeżeli wniosek dotyczący wpisu do Rejestru Przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego nie jest związany z prowadzeniem przedsiębiorstwa, to z czym jest związany? Prowadzenie przedsiębiorstwa to w końcu nie tylko dokonywanie czynności prawnych z osobami trzecimi, ale również reprezentowanie podmiotu przed sądami w sprawach związanych z prowadzeniem przedsiębiorstwa. Trudno sobie przy tym wyobrazić jakiekolwiek postępowanie sądowe, w którym przedsiębiorca byłby stroną lub uczestnikiem, a które nie byłoby związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa. Tym samym, w tych postępowaniach, w których przedsiębiorca jest stroną lub uczestnikiem, prokurent może bez przeszkód działać, reprezentując to przedsiębiorstwo.
 
Konkludując, w mojej ocenie, prokurent jak najbardziej może podpisywać wnioski składane do sądu rejestrowego, gdyż niewątpliwie inicjuje w ten sposób postępowanie sądowe związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa.
 
Z moich doświadczeń wynika przy tym, że zdecydowana większość sądów i referendarzy ma dokładnie takie samo zdanie. 

konwersja wierzytelności, a wniesienie wkładu w spółce kapitałowej

 
 
Temat konwersji wierzytelności, jako sposobu wniesienia wkładu w spółce kapitałowej pojawia się co jakiś czas w dyskusjach prawniczych.
 
Na początek kwestie absolutnie podstawowe.
 
Wkład w spółce kapitałowej może mieć postać zarówno pieniężną, jak i niepieniężną. Jednakże wkładem takim nie może być prawo niezbywalne, świadczenie pracy lub usług (art. 14§1 k.s.h.). Innymi słowy wkładem w spółce kapitałowej może być wszystko to, co jest zbywalne i ma wartość majątkową (jak to się zgrabnie podaje w komentarzach i orzeczeniach: przedstawia jakąkolwiek wartość ekonomiczną). Oczywiście sprawa nie jest tak prosta, albowiem w praktyce mogą rodzić się poważne wątpliwości czy dana rzecz lub prawo ma zdolność aportową, czy też jej nie ma (na przykład: know how i przejawy jego utrwalenia), ale jest to temat na osobne rozważania.
 
W przypadku konwersji wierzytelności problemy są zasadniczo dwa: czy jest ona dopuszczalna oraz z jakim wkładem mamy do czynienia w przypadku dokonania konwersji.
 
Po pierwsze - dopuszczalność.
 
W chwili obecnej nie ma już wątpliwości że konwersja jest dopuszczalna jako sposób wniesienia wkładu. Jednak zaraz, zaraz - co to w ogóle jest konwersja. No właśnie, tu zaczynają się pewne problemy, ale nie rozciągając wpisu ponad miarę, należałoby wskazać, iż konwersja oznacza pokrycie zobowiązania wspólnika/akcjonariusza zaciągniętego wobec spółki z tytułu wkładu na kapitał zakładowy za pomocą wierzytelności, która przysługuje temu wspólnikowi/akcjonariuszowi wobec spółki. Wyjaśniając to językiem bardziej przystępnym: wspólnik X musi wnieść do spółki wkład w wysokości Y (do czego się zobowiązał), a sam ma wobec spółki wierzytelność o wartości Z.
 
Jak już pewnie łatwo zauważyć na tym etapie, konwersja może nastąpić zasadniczo na dwa sposoby:
 
- konwersja jako potrącenie wierzytelności spółki wobec wspólnika/akcjonariusza z wierzytelnością wspólnika/akcjonariusza wobec spółki - na skutek potrącenia obie wierzytelności umarzają się nawzajem do wysokości wierzytelności niższej;
 
- konwersja jako wniesienie wierzytelności wspólnika/akcjonariusza wobec spółki do tej spółki jako wkładu - następuje wówczas tak zwana konfuzja (zlanie się długu i wierzytelności jednego podmiotu) .
 
Obecnie oba sposoby należy uznać za dopuszczalne.
 
Jeżeli chodzi o potrącenie jest ono dopuszczalne jedynie na podstawie umowy wspólnika/akcjonariusza i spółki (art. 14§4 k.s.h.), co oznacza, że nie jest dopuszczalne potrącenie jednostronne.
 
Z kolei jeżeli chodzi o wniesienie wierzytelności, to zdolność aportowa wierzytelności nie budzi już wątpliwości, oczywiście pod warunkiem, że przedstawiają one ekonomiczną wartość. Nieco kontrowersji budzi wprawdzie wnoszenie do spółki wierzytelności przysługującej wobec tejże spółki, jednakże w mojej ocenie nie jest ono zabronione. Zatem jeżeli tylko wierzytelność taka ma określoną wartość ekonomiczną (najlepiej jeżeli będzie to wierzytelność pieniężna), to jej wniesienie tytułem wkładu winno być jak najbardziej dopuszczalne.
 
Po drugie - charakter wkładu.
 
W przypadku potrącenia będziemy mieli do czynienia niewątpliwie z wkładem pieniężnym. Wprawdzie w orzecznictwie oraz w doktrynie wyrażane są różne poglądy na ten temat. Jedne wskazują na to, że w omawianej sytuacji mamy do czynienia z aportem, a inne że z wkładem pieniężnym. Jednakże w mojej ocenie, nie powinno być żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z wkładem pieniężnym. Przeciwne stanowiska wydają się natomiast wynikać z niezrozumienia problemu i próby jednolitego traktowania obu sposobów konwersji wierzytelności.
 
Za pieniężnym charakterem wkładu w omawianej sytuacji przemawiają zasadniczo cztery argumenty:
 
Po pierwsze, potrącenie jest jedynie sposobem zapłaty zobowiązania pieniężnego. Oznacza to, że zobowiązanie wspólnika/akcjonariusza jest cały czas pieniężne – zobowiązanie do wniesienia wkładu pieniężnego, a ten zamiast uiszczania gotówki lub dokonywania przelewu, dokonuje po prostu potrącenia wierzytelności własnej z wierzytelnością spółki, na podstawie umowy ze spółką.
 
Po drugie, sama treść art. 14§4 k.s.h. przesądza, że mamy do czynienia z wkładem pieniężnym. Należy bowiem zwrócić uwagę, iż zgodnie z tym przepisem:
 
Wspólnik i akcjonariusz nie może potrącać swoich wierzytelności wobec spółki kapitałowej z wierzytelnością spółki względem wspólnika z tytułu należnej wpłaty na poczet udziałów albo akcji. Nie wyłącza to potrącenia umownego.
 
Mowa jest zatem wprost o wpłacie na udziały lub akcje, a nie szerzej o wniesieniu wkładu. Posłużenie się określeniem wpłata, nie pozostawia natomiast wątpliwości, że chodzi o wkład pieniężny, albowiem tylko ten może zostać wpłacony. Wkład niepieniężny (aport) nie posiada cechy wypłacalności. Przykładowo nie można wpłacić nieruchomości, przedsiębiorstwa, samochodu czy mebli.
 
Po trzecie, należy przytoczyć argument, który nie do końca jest zauważany w doktrynie. Otóż zgodnie z art. 498§1 k.c. potrącenie jest w ogóle możliwe wyłącznie wtedy, gdy dwie osoby są jednocześnie względem siebie dłużnikami i wierzycielami, jeżeli przedmiotem obu wierzytelności są pieniądze lub rzeczy tej samej jakości oznaczone tylko co do gatunku, a obie wierzytelności są wymagalne i mogą być dochodzone przed sądem lub przed innym organem państwowym. Obie potrącane wierzytelności muszą być zatem tego samego rodzaju - być albo pieniężne, albo dotyczyć rzeczy oznaczonych tylko co do gatunku. Okazuje się zatem, że potrącenie w trybie art. 14§4 k.s.h. możliwe jest wyłącznie w sytuacji w której wierzytelność spółki wobec wspólnika/akcjonariusza ma charakter pieniężny (wkład pieniężny), a do potrącenia przedstawiana jest wierzytelność akcjonariusza wobec spółki, również mająca taki charakter. W przypadku innego rodzaju wierzytelności nie można bowiem mówić o wpłacie przedmiotu świadczenia (argument z art. 14§4 k.s.h).
 
Po czwarte, zamiast potrącenia możliwe byłoby uiszczenie przez wspólnika/akcjonariusza określonej kwoty pieniężnej, która potem winna być mu zwrócona jako spłata zobowiązania spółki wobec tego akcjonariusza. Potrącenie ma jedynie uprościć całą operację poprzez dokonanie rozliczenia bez konieczności obrotu samej gotówki, związanego przecież z dodatkowymi kosztami.
 
Z kolei w przypadku wniesienia wierzytelności do spółki, należałoby uznać, że mamy do czynienia z wkładem niepieniężnym (aportem), nawet wówczas gdy wierzytelność miałaby charakter pieniężny.
 
O ile bowiem w przypadku potrącenia można mówić o sposobie zapłaty zobowiązania pieniężnego, o tyle wniesienie wierzytelności do spółki oznacza po prostu przeniesienie na spółkę prawa, które przedstawia określoną wartość. Takie przeniesienie prawa zawsze będzie stanowiło aport, bez względu na to czego owo prawo dotyczy.

poświadczanie odpisów dokumentów przez pełnomocników

 
 
 
Zmiany w zakresie uwierzytelniania dokumentów przez występujących w sprawie profesjonalnych pełnomocników, które weszły w życie z dniem 1 stycznia 2010 roku, miały z założenia doprowadzić do ułatwienia pracy tym pełnomocnikom. Miały..., ale czy doprowadziły?
 
 
 
W większości spraw cywilnych zapewne tak, ale są takie rodzaje postępowań, w którym wprowadzone zmiany... nie wprowadziły żadnych zmian. Chodzi przede wszystkim o postępowania wieczystoksięgowe oraz postępowania rejestrowe (głównie wpisy do Krajowego Rejestru Sądowego). Oczywiście to właśnie w tych postępowaniach możliwość skutecznego poświadczania za zgodność z oryginałem odpisów dokumentów najbardziej ułatwiałaby pracę profesjonalnym pełnomocnikom. Jak się okazuje nie ma to jednak większego znaczenia, albowiem linia orzecznicza zmierza wyraźnie w kierunku bynajmniej nie ułatwiającym funkcjonowania tym pełnomocnikom.
 
 
 
 
 
Należy w tym miejscu zauważyć, że w uzasadnieniu projektu ustawy z dnia 23 października 2009 roku o zmianie ustaw w zakresie uwierzytelniania dokumentów - Senat, będący autorem tego projektu (druk numer 363), przekonywał, że:
 
 
 
Celem niniejszej nowelizacji jest odformalizowanie postępowania cywilnego, administracyjnego, sądowo-administracyjnego oraz podatkowego poprzez racjonalizację obowiązku dołączania do akt sprawy dokumentów oryginalnych lub ich odpisów notarialnych. Zmiana polega na szerszym niż dotychczas umożliwieniu uwierzytelniania odpisów dokumentów przez profesjonalnych pełnomocników stron, reprezentujących zawody zaufania publicznego. Jej zamierzonym skutkiem jest wydatne umniejszenie uciążliwości polegającej na konieczności wyzbycia się przez strony postępowania, często na długi czas dokumentów oryginalnych albo poniesienia kosztów ich notarialnego uwierzytelniania bądź uzyskania ich urzędowych odpisów.
 
Senat wskazywał również, iż chodzi o to, aby uwierzytelnione przez pełnomocników dokumenty miały moc oryginałów oraz o to, aby nowelizacja stanowiła ułatwienie przede wszystkim dla przedsiębiorców, których profesjonalni pełnomocnicy będą mogli poświadczać odpisy dokumentów zamiast składania ich oryginałów lub uzyskiwania odpisów notarialnych.
 
 
Jednakże, jeżeli chodzi o postępowania wieczystoksięgowe lub rejestrowe - nic z tego - zdają się mówić orzeczenia sądowe, a przede wszystkim zarządzenia Przewodniczących i formułowane na ich podstawie wezwania do usunięcia braków formalnych. Znamienne jest jednak, że rzadko kiedy owe wezwania wskazują na podstawy prawne, z których wynika obowiązek przedkładania dokumentów w określonej formie.
 
Analizując wiele wskazanych wyżej wezwań i orzeczeń, można dojść do wniosku, że w przypadku postępowań wieczystoksięgowych podstawę żądania dokumentów w oryginale lub w formie dokumentu z podpisem notarialnie poświadczonym stanowi art. 31 ust. 1 ustawy z dnia 6 lipca 1982 roku o księgach wieczystych i hipotece, natomiast w przypadku postępowań rejestrowych podstawą wezwań jest art. 694(4)§1 k.p.c.
 
Zgodnie z tym pierwszym przepisem:
 
Wpis może być dokonany na podstawie dokumentu z podpisem notarialnie poświadczonym, jeżeli przepisy szczególne nie przewidują innej formy dokumentu.
 
Natomiast zgodnie z art. 694(4)§1 k.p.c.:
 
Dokumenty, na których podstawie dokonuje się wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego, składa się w oryginałach albo poświadczonych urzędowo odpisach lub wyciągach.
 
O ile w przypadku postępowań wieczystoksięgowych faktycznie można mieć wątpliwości. Zacytowany przepis znajduje się w ustawie odrębnej od k.p.c. i wprost przewiduje formę dokumentów z podpisem poświadczonym notarialnie, o tyle w przypadku postępowań rejestrowych pogląd o konieczności przedkładania oryginałów lub odpisów notarialnych wydaje się błędny.
 
Abstrahując w tym miejscu od celów nowelizacji, z którymi interpretacje sądowe są oczywiście sprzeczne, należy zauważyć, że art. 694(4)§1 k.p.c. wspomina o oryginale dokumentu albo jego odpisie lub wyciągu poświadczonym urzędowo. W dotychczasowych interpretacjach sądowych nie budziło wątpliwości, że poprzez poświadczenie urzędowe, należy rozumieć przede wszystkim poświadczenie przez notariusza. Tymczasem zgodnie z art. 129§2 i 3 k.p.c.:
 
 
§2. Zamiast oryginału dokumentu strona może złożyć odpis dokumentu, jeżeli jego zgodność z oryginałem została poświadczona przez notariusza albo przez występującego w sprawie pełnomocnika strony będącego adwokatem, radcą prawnym, rzecznikiem patentowym lub radcą Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa.
 
 
 
§3. Zawarte w odpisie dokumentu poświadczenie zgodności z oryginałem przez występującego w sprawie pełnomocnika strony będącego adwokatem, radcą prawnym, rzecznikiem patentowym lub radcą Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa ma charakter dokumentu urzędowego.
 
Z powyższego wynika zatem wprost nie tylko to, że zamiast oryginału dokumentu strona może przedłożyć jego odpis poświadczony przez profesjonalnego pełnomocnika, ale również że poświadczenie przez pełnomocnika, ma taką samą rangę jak poświadczenie przez notariusza. Przy czym określenie zamiast oryginału dokumentu, doprawdy trudno rozumieć inaczej, aniżeli tak, że w sytuacjach, w których ustawa wymaga przedłożenia oryginału dokumentu, przedłożony może być odpis poświadczony przez profesjonalnego pełnomocnika. Jeżeli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że regulacja art. 129§2 i 3 k.p.c. jest dużo późniejsza, aniżeli regulacja art. 694(4)§1 k.p.c., nie powinno być żadnych wątpliwości, że aby dokonać wpisu w Krajowym Rejestrze Sądowym wystarczające powinno być załączenie odpisów dokumentów poświadczonych za zgodność z oryginałem przez profesjonalnego pełnomocnika. Uwzględnienie celów nowelizacji powinno ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości w tym zakresie.
 
Niestety niestety jest inaczej i w dalszym ciągu aktualna zdaje się być zasada, że jeżeli w jakikolwiek sposób można utrudnić stronie postępowanie czy też patrząc z drugiej strony - uprościć postępowanie poprzez dokonanie zwrotu wniosku, to sposób taki w praktyce będzie stosowany dopóki Sąd Najwyższy nie stwierdzi, że jest on wadliwy lub dopóki Ustawodawca nie wprowadzi kolejnych zmian.
 
Przy czym, co ciekawe, siła Ustawodawcy wydaje się w tym zakresie dużo mniejsza niż siła Sądu Najwyższego.

podwyższenie kapitału zakładowego w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością na podstawie postanowień umowy spółki przewidujących maksymalną wysokość podwyższenia kapitału zakładowego

 
Określenie: podwyższenie kapitału zakładowego w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością na podstawie postanowień umowy spółki przewidujących maksymalną wysokość podwyższenia kapitału zakładowego brzmi może nieco odstraszająco i skomplikowanie, jednak większości przedsiębiorcom i prawnikom jest ono doskonale znane.
 
 
 
Chodzi mianowicie o sytuację, w której w umowie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością wskazuje się, że podwyższenie kapitału zakładowego do określonej wysokości (czasem bardzo wysokiej), w określonym terminie, nie wymaga zmiany umowy spółki - art. 257§1 k.s.h. Tego rodzaju postanowienie zamieszczane jest w umowach spółek z ograniczoną odpowiedzialnością bardzo często. 
 
 
 
O ile jednak możliwość zawarcia omawianego postanowienia w umowie spółki jest znana dosyć powszechnie, o tyle powszechna nie jest już wiedza o tym, że tego rodzaju podwyższenie może dotyczyć tylko dotychczasowych wspólników i nie może być sposobem na zewnętrzne dokapitalizowanie spółki.
 
 
 
Żeby wyjaśnić powyższą kwestię należy mieć na uwadze, że sposobów podwyższenia kapitału zakładowego w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością jest kilka, tyle że wyodrębnionych w oparciu o różne kryteria. 
 
 
 
Z uwagi na źródło pochodzenia środków przeznaczanych na podwyższenia kapitału zakładowego wyróżnić można podwyższenie ze środków wspólników (dotychczasowych lub nowych) - wspólnicy przeznaczają środki na pokrycie nowych udziałów lub podwyższonej wartości dotychczasowych udziałów lub podwyższenie ze środków spółki - spółka przeznacza swoje środki zgromadzone jako kapitał zapasowy lub kapitały (fundusze) rezerwowe - art. 260 k.s.h.
 
 
 
Z kolei z uwagi na tryb podwyższenia kapitału zakładowego można wyróżnić podwyższenia kapitału zakładowego następujące na podstawie zmiany umowy spółki oraz podwyższenia kapitału zakładowego nie wymagające zmiany umowy spółki - art. 257§1 k.s.h. Powyższe rozróżnienie ma oczywiście znaczenie z punktu widzenia większości głosów niezbędnej do uzyskania w celu podjęcia uchwały. Zmiana umowy spółki wymaga bowiem, co do zasady, większości 2/3 głosów (art. 246§1 k.s.h.), podczas gdy podwyższenie kapitału zakładowego bez zmiany umowy spółki może nastąpić na podstawie uchwały podjętej bezwzględną większością głosów (art. 245 k.s.h.).
 
 
 
Wreszcie z uwagi na sposób podwyższenia kapitału zakładowego, można je podzielić na podwyższenie poprzez ustanowienie (emisję) nowych udziałów lub podwyższenie poprzez zwiększenie wartości nominalnej dotychczasowych udziałów (art. 257§2 k.s.h).
 
 
 
Oczywiście, z uwagi na to że mamy do czynienia z różnymi kryteriami powyższych podziałów, poszczególne sposoby podwyższenia kapitału zakładowego mogą się ze sobą łączyć. Przykładowo może być tak, że podwyższenie kapitału zakładowego nastąpi bez zmiany umowy spółki i jednocześnie będzie to podwyższenie ze środków spółki, a nastąpi poprzez ustanowienie nowych udziałów.
 
 
 
Mając powyższą podstawową wiedzę należy przyjrzeć się przepisom art. 257 oraz art. 260 k.s.h. Tym co powinno rzucić się najbardziej w oczy jest niby niepozorne odesłanie przez art. 257§3 k.s.h., do art. 260§2 k.s.h. Doświadczony prawnik winien jednak wiedzieć - takie odesłania nigdy nie są niepozorne i zawsze kryje się za nimi jakaś niespodzianka. Tak też jest i w tym przypadku. Otóż art. 260§2 k.s.h., do którego odsyła wspomniany art. 257§3 k.s.h., dotyczący podwyższenia kapitału zakładowego na podstawie dotychczasowych postanowień umowy spółki, stanowi, że nowe udziały przysługują dotychczasowym wspólnikom w stosunku do ich dotychczasowych udziałów i nie wymagają objęcia. 
 
 
 
Nie zagłębiając się w tym miejscu w tok rozumowania Sądu Najwyższego oraz w jego prawidłowość, należy zwrócić uwagę, iż w dniu 17 stycznia 2013 roku Sąd ten wydał uchwałę w sprawie o sygnaturze akt: III CZP 57/12, w której doszedł do wniosku (rozstrzygając dotychczasowe kontrowersje w tym zakresie), że z omwianego odesłania do art. 260§2 k.s.h. wynika iż: podwyższenie kapitału zakładowego na podstawie dotychczasowych przepisów umowy spółki może wprawdzie nastąpić nie tylko poprzez utworzenie (emisję) nowych udziałów, ale również poprzez podwyższenie wartości nominalnej dotychczasowych udziałów (art. 257§2 k.s.h.), ale w podwyższeniu takim mogą brać udział wyłącznie dotychczasowi wspólnicy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. 
 
 
 
Tym samym podwyższenie kapitału zakładowego w omawianym trybie nie umożliwi nigdy włączenia do spółki zewnętrznego źródła finansowania.
 
 
 
Poprzestając na bardzo ograniczonym komentarzu do stanowiska Sądu Najwyższego, stwierdzić należy, że wydawać by się mogło, iż odesłanie do art. 260§2 k.s.h. należy interpretować tylko w taki sposób, że jeżeli nowe udziały mają przypadać dotychczasowym wspólnikom, to przypadają one tym wspólnikom proporcjonalnie do ich dotychczasowych udziałów. Kwestię obejmowania udziałów reguluje bowiem sam art. 257§3 k.s.h. wskazując, że objęcie udziałów przez dotychczasowych wspólników wymaga złożenia oświadczeń w formie pisemnej pod rygorem nieważności. Wydawałoby się, że z omawianego odesłania nic więcej nie wynika. 
 
 
 
Nic bardziej błędnego, Sąd Najwyższy wywiódł bowiem z omawianego odesłania znacznie dalej idący wniosek - tylko dotychczasowi wspólnicy mogą uczestniczyć w podwyższeniu kapitału zakładowego następującego bez zmiany umowy spółki. 
 
 
 
Nie pozostaje zatem nic innego, niż po prostu pamiętać o takim, a nie innym stanowisku Sądu Najwyższego, wyrażonym w uchwale.
 
 

uchwały korespondencyjne rady nadzorczej spółki akcyjnej a wymóg kworum

 
Kolejnym ciekawym zagadnieniem z zakresu funkcjonowania spółek kapitałowych, a w szczególności spółek akcyjnych, jest podejmowanie uchwał przez radę nadzorczą w trybie korespondencyjnym.
 
 
Na marginesie - co raz częściej łapię się na tym, że niemal wszystkie przepisy kodeksu spółek handlowych uważam za ciekawe. Nie jest to bynajmniej stan pożądany, gdyż regulacje powinny być nie tyle ciekawe, co jednoznaczne - choćby kosztem ich nieciekawości.
 
 
 
W tym wpisie chciałbym jednak omówić pokrótce jedno z takich ciekawych zagadnień - podejmowanie uchwał przez radę nadzorczą w spółce akcyjnej za pomocą środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość (dalej jako: uchwały korespondencyjne, tryb korespondencyjny) w kontekście wymogu kworum. Chodzi mianowicie o to, czy przy podejmowaniu tego rodzaju uchwał obowiązuje wymóg kworum, a jeżeli tak, to jak ustalić czy wymóg ten jest spełniony.
 
 
 
Powyższe zagadnienie nie jest raczej szeroko komentowane. Tym niemniej warto poświęcić mu kilka chwil.
 
Z art. 388§1 k.s.h. wynika, że rada nadzorcza podejmuje uchwały, jeżeli na posiedzeniu jest obecna co najmniej połowa jej członków, a wszyscy jej członkowie zostali zaproszeni na posiedzenie. Z przywołanego przepisu wynika również, że statut może przewidywać surowsze wymagania dotyczące kworum rady nadzorczej. Z kolei z art. 388§3 k.s.h. wynika, że podejmowanie uchwał przez radę nadzorczą w trybie korespondencyjnym jest dopuszczalne tylko w przypadku, gdy statut tak stanowi (co oczywiste) oraz, iż uchwała jest ważna, gdy wszyscy członkowie rady nadzorczej zostali powiadomieni o treści projektu uchwały.
 
Pierwsze co rzuca się w oczy jest to, że art. 388§3 k.s.h. nie stawia żadnego wymagania dotyczącego kworum przy głosowaniu korespondencyjnym. Pytanie zatem, czy zastosowanie winien znaleźć art. 388§1 k.s.h., a jeżeli tak, to w jaki sposób należałoby przepis ten stosować (wprost, odpowiednio)?
 
Wydaje się oczywiste, że art. 388§1 k.s.h. nie można stosować wprost, z tej prostej przyczyny, że kworum odnosi się do obecności określonych osób w określonym miejscu. Nie tyle chodzi zatem o to, ile osób bierze aktywnie udział w głosowaniu (oddając głos za, przeciw lub wstrzymujący się), ale o to, ile osób jest obecnych w miejscu i czasie, w którym się głosuj. Widać więc, że w trybie korespondencyjnym kworum w ogóle nie wchodzi w grę, ex definitione.
 
Czy zatem należałoby uznać, że art. 388§1 k.s.h. należy stosować odpowiednio - w taki sposób, że w głosowaniu korespondencyjnym musi wziąć udział (oddać głos) określona liczba członków rady nadzorczej - więcej niż połowa?
 
Według mnie - nie.
 
Po pierwsze tego rodzaju interpretacja nie znajduje oparcia w przepisach. Te jednoznacznie wskazują bowiem, że do ważności uchwały wymagane jest po prostu powiadomienie wszystkich członków rady nadzorczej o treści projektu uchwały (art. 388§3 k.s.h.). Trudno zatem formułować dodatkowy wymóg ważności uchwały rady nadzorczej, który nie znajduje oparcia w przepisach.
 
Po drugie, wskazana interpretacja wydaje się nieracjonalna. Należy bowiem zauważyć, że funkcję gwarancyjną - analogiczną do wymogu kworum przy posiedzeniach, pełni właśnie norma zobowiązująca do zawiadomienia wszystkich członków rady nadzorczej o projekcie uchwały. W ten sposób wszyscy członkowie rady nadzorczej zostają włączeni w procedurę podejmowania uchwały, znają jej treść i bez przeszkód mogą oddać głos.
 
Należy zatem dojść do wniosku, że w przypadku głosowania korespondencyjnego nie jest wymagane, aby w głosowaniu aktywnie brała udział (oddała głos) określona liczba członków rady nadzorczej.
 
Tym samym, jeżeli członków rady nadzorczej jest powiedzmy pięciu, wszystkim zostanie przesłany projekt uchwały, a tylko jeden członek zagłosuje - na przykład oddając głos za, to uchwała zostaje podjęta i to większością 100%.
 
Nasuwa się w tym miejscu pytanie, czy regulamin rady nadzorczej może przewidywać surowsze warunki i przewidywać, że do ważności uchwały wymagane jest oddanie głosów przez określoną liczbę członków rady nadzorczej?
 
I tym razem, odpowiedź brzmi - nie!
 
Otóż tego typu obostrzenia przewidywać może ewentualnie jedynie statut spółki, a nie regulamin rady nadzorczej, którego celem jest jedynie określenie organizacji i sposobu wykonywania czynności przez radę nadzorczą (art. 391§3 k.s.h.). Regulamin ma zatem wyłącznie charakter techniczno-organizacyjny i nie powinien zawierać żadnych postanowień, które miałyby decydować o ważności uchwał rady nadzorczej. Tego typu regulacje mogą wynikać tylko z ustawy lub ze statutu spółki, będącego jej pierwotnym aktem organizacyjnym, którego uchwalenie i zmiany następują w szczególny sposób. Powyższy wniosek znajduje także pośrednie potwierdzenie w art. 388§1 k.s.h., który wskazuje, że obostrzenia dotyczące kworum, mogą wynikać ze statutu spółki., a nie regulaminu rady nadzorczej. Analogicznie - wszelkie inne obostrzenia mogą wynikać również jedynie ze statutu. Zainteresowanym tym zagadnieniem szczerze polecam publikację: Przesłanki powzięcia uchwały rady nadzorczej spółki kapitałowej a jej zaskarżanie, autorstwa dr hab. Katarzyny Bilewskiej, Monitor Prawniczy, rok 2010 nr 6.
 
Oczywiście dywagacje dotyczące obostrzeń przy głosowaniu korespondencyjnym nie będą miały sensu, w sytuacji w której uznamy, art. 388§3 k.s.h. za przepis bezwzględnie obowiązujący i przewidujący jedyny wymóg ważności uchwał - nie poddający się woli stron - patrz art. 304§3 i §4 k.s.h., ale to już temat na zupełnie inną dyskusję.

podwyższenie kapitału zakładowego w spółce akcyjnej a data uczestniczenia w dywidendzie

 
Tym razem przyjrzymy się ciekawemu zagadnieniu praktycznemu związanemu z podwyższaniem kapitału zakładowego w spółce akcyjnej.
 
 
 
Każdy kto zajmował się tym tematem wie, że zgodnie z art. 432§1 pkt. 5 k.s.h. w uchwale o podwyższeniu kapitału zakładowego wskazuje się datę: od której nowe akcje mają uczestniczyć w dywidendzie.
 
 
 
No i tu zaczynają się przysłowiowe schody, bo zupełnie naturalne stają się pytania, skoro mam wpisać datę, to jaka ma być ta data? Czy może być dowolna? Jaka data jest najbezpieczniejsza?
 
 
Pytania, a raczej odpowiedzi na nie, nie są niestety łatwe.
 
Mniej więcej wiadomo jaka data jest najbezpieczniejsza, o czym później, ale czy może być to data dowolna? Na to pytanie w zasadzie nikt nie odpowiada jednoznacznie. Kusząc się na taką odpowiedź, należałoby przyjąć, że dowolność jest wykluczona. Wydaje się bowiem, że wskazanie przykładowo, iż nowe akcje będą uczestniczyć w dywidendzie powiedzmy za 100 lat, oznaczałoby de facto wyłączenie tych akcji z udziału w dywidendzie (naruszenie art. 347§1 k.s.h.) i uprzywilejowanie wszystkich pozostałych akcji w tym zakresie (możliwe naruszenia art. 353§1 k.s.h.). Pamiętać należy bowiem, że prawo do udziału w zysku spółki jest podstawowym prawem akcjonariuszy (art. 347347§1 k.s.h) i nie może być ono wyłączone. Zupełnie innym zagadnieniem, jest oczywiście to, że jest to prawo ogólne - nie odnoszące się do zysku za konkretny rok obrotowy, co wynika z faktu, że to spółka decyduje każdorazowo o tym czy zysk za dany rok obrotowy przeznaczy na wypłatę dla akcjonariuszy, czy też nie (art. 348§2 k.s.h., 395§2 pkt 2 k.s.h.).
 
Wiemy już zatem, że określenie daty uczestniczenia nowych akcji w dywidendzie nie może być dowolne, w dalszym ciągu nie wiadomo jednak jaka data jest prawidłowa, a jaka najbezpieczniejsza? Od razu chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że w mojej ocenie data wskazywana przez komentatorów jako data najbezpieczniejsza, jest datą prawidłową. W przeciwieństwie jednak do większości komentatorów postaram się wytłumaczyć, dlaczego tak uważam.
 
W pierwszej kolejności należy mieć na uwadze fakt, który często niestety umyka. Otóż data z art. 432§1 pkt. 5 k.s.h. nie jest tożsama z tak zwanym dniem dywidendy. Wspomniana data i dzień dywidendy, to dwie różne daty odnoszące się do dwóch różnych zagadnień.
 
Zgodnie z art. 348§2 k.s.h. przez dzień dywidendy należy rozumieć dzień, według którego ustala się listę akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy za dany rok obrotowy.
 
Natomiast data z art. 432§1 pkt. 5 k.s.h., to data od której nowe akcje będą uczestniczyć w dywidendzie, czyli data wyznaczająca początek okresu, za który dywidenda, jeżeli wystąpi, będzie przypadać również akcjom nowej emisji (podobnie Mateusz Rodzynkiewicz, Kodeks spółek handlowych. Komentarz, wydanie 3, Warszawa 2009, s. 928).
 
Mając na uwadze powyższe, należy wyrazić przekonanie, że podejmując uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego, prawidłową datą z art. 432§1 pkt. 5 k.s.h. powinna być data początku roku obrotowego, w którym następuje emisja nowych akcji. Jest to data zalecana jako najbezpieczniejsza również przez większość komentatorów, którzy jednak dopuszczają również wskazanie, w trybie wspomnianego przepisu, początku następnego roku obrotowego. W mojej ocenie data początku roku obrotowego, w którym następuje emisja jest jedyną prawidłową datą, ewentualnie z wyjątkiem sytuacji, w której statut przewiduje odmienną regulację, o czym będzie jeszcze mowa.
 
Przede wszystkim należy zauważyć, że sytuacja, w której w spółce istnieją akcje, które nie są jeszcze związane z prawem udziału w zysku, wydaje się nie do przyjęcia w świetle art. 437§1 k.s.h. Innymi słowy, skoro udział w zysku jest absolutnie podstawowym prawem związanym z akcjami, to nie jest możliwe, aby istniały akcje, wobec których prawo udziału w zysku powstanie dopiero w przyszłości - czyli w przyszłym roku obrotowym. Oczywiście można byłoby twierdzić, że w stosunku do tych akcji prawo udziału w zysku istnieje od początku ich emisji, tyle tylko, że staje się skuteczne począwszy od początku następnego roku obrotowego. Taka argumentacja wydaje się jednak mało przekonująca, albowiem prawo które istnieje, ale de facto na razie nie jest skuteczne, to po prostu prawo, którego na razie nie ma.
 
Skoro prawo do udziału w zysku nie powinno dotyczyć jedynie okresu przyszłego, to dochodzimy do wniosku, że akcje nowej emisji powinny od razu być związane z udziałem w zysku. W dalszym ciągu nie wiadomo jednak za jaki okres? Z pomocą przychodzą nam jednak przepisy k.s.h. Trzeba bowiem zauważyć, że prawo do dywidendy dotyczy dywidendy za konkretne okresy - poszczególnych lat obrotowych. Art. 348§1 i §2 k.s.h. wyraźnie wspomina bowiem o dywidendzie za dany rok obrotowy, a nie za dany inny okres, czy za daną część roku obrotowego. Podobnie sama konstrukcja dnia dywidendy przewiduje, że według określonej daty - dzień dywidendy, ustala się listę akcjonariuszy, ale uprawnionych do dywidendy za cały dany rok obrotowy, a nie za jego część. Należy zatem dojść do wniosku, że akcje wyemitowane w trakcie danego roku obrotowego, powinny brać udział w dywidendzie za cały dany rok obrotowy, czyli za cały rok obrotowy, w którym zostały wyemitowane. Prawo do dywidendy jest bowiem prawem do dywidendy za dany rok obrotowy.
 
Ewentualna odmienne regulacja mogłaby wynikać z odmiennych postanowień statutu, które mogłyby wskazywać, że akcje nowej emisji uczestniczą w prawie do dywidendy począwszy od dnia innego niż pierwszy dzień roku obrotowego ich emisji. Takie postanowienia statutu musiałby jednak być zredagowane bardzo rozważnie, w taki sposób, aby zastosowanie znalazła ewentualnie zasada proporcjonalności. Jednakże w takim wypadku i tak pozostawałyby wątpliwości, czy tego rodzaju postanowienia statutu nie są sprzeczne z przepisami k.s.h. przewidującymi dywidendę za dany rok obrotowy, a nie za jego część.
 
Na zakończenie warto wspomnieć, że prezentowana w tych rozważaniach interpretacja, jest głęboko zakorzeniona w tradycji. Otóż spotkałem się ostatnio z protokołem Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, które odbyło się w dniu 27 kwietnia 1939 roku i na którym podjęto uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego spółki. Nie ukrywam, że z radością przeczytałem, iż: akcje nowej emisji będą uczestniczyć w dywidendzie od dnia pierwszego stycznia roku bieżącego, 1939.
 
Naturalnie pomyślałem wówczas, że interpretacja historyczna jest ewidentnie po naszej stronie. 
 
Oczywiście powyższe rozważania dotyczą również odpowiednio spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

obserwatorzy

Copyright © paragrafowanie